Zacznę od tego, że zdecydowanie nie należę do tych osób,
które z niemowlęcego becika nieudolnie krzyczały, że chcą zostać księdzem.
Wręcz przeciwnie, nigdy nie brałem pod uwagę takiej opcji. Myślałem raczej o
szczęśliwym życiu rodzinnym. Jak się później okazało, Bóg miał inny plan i
pewnego dnia Jego powołanie spadło na mnie „jak grom z jasnego nieba”. Ale od
początku...
Od najmłodszych lat starałem się żyć zwyczajnie,
ot tak po prostu, z dnia na dzień. Moją pierwszą pasją była piłka nożna. Po
szkole „kopałem” ile się dało, wydeptując wraz z kolegami osiedlowe trawniki.
Oczywiście, chciałem wówczas zostać piłkarzem. Niestety, nieźle zapowiadająca
się kariera skończyła się z pierwszą groźniejszą kontuzją. Czas szkoły
podstawowej był okazją do nawiązania relacji ze znajomymi ze szkolnej ławki.
Najlepsze ku temu możliwości stwarzały szkolne dyskoteki, czy też tzw.
„prywatki” u znajomych z klasy, w których zawsze chętnie brałem udział. Liceum
to, oprócz poważniejszej nauki, czas poznawania świata, ludzi, czas rozrywki i
dobrej zabawy. Chyba nigdy wcześniej, ani nigdy później, pieszo czy też
środkami komunikacji miejskiej, nie zwiedziłem tak dokładnie mojego rodzinnego
miasta i wielu ciekawych i „mniej ciekawych” miejsc. Sam nie wiem, jak to wtedy
wytrzymałem. Jednym słowem, okres mojego dzieciństwa i dorastania określiłbym
jako „normalny”. I rzeczywiście, owa normalność została potwierdzona przez
moich znajomych wówczas, gdy dowiedzieli się o mojej decyzji wyboru drogi
życiowej. Usłyszałem wtedy niepewne: „Ty? Na księdza? Chyba żartujesz... Nie
uwierzę, jak cię nie zobaczę w sutannie”. Tak właśnie było. Po prostu mi nie
wierzyli. Ale jak im miałem to wtedy udowodnić...?
Pisząc o powołaniu, trzeba wrzucić kilka myśli
bliższych Panu Bogu i Kościołowi. Przecież to wszystko jest Jego pomysłem. Ja
jedynie starałem się być choć trochę posłuszny i zbytnio nie przeszkadzać Bożej
łasce. Moja bliższa przygoda z Bogiem i Kościołem zaczęła się w wieku
niemowlęcym. Jako że pochodzę z rodziny religijnej i praktykującej, Rodzice od
najmłodszych lat zabierali mnie z sobą na niedzielną Mszę Świętą. Początkowo
mój udział w Eucharystii ograniczał się do zabawy pieniążkiem przeznaczonym „na
tacę”. Mniej więcej w wieku przedszkolnym moja Mama wpadła na szalony pomysł
(choć Ona sama twierdzi, że to moja fantazja) uszycia dla mnie komży i kupienia
dzwoneczka. A wszystko przez procesje Bożego Ciała, w czasie których wciskałem
się w kolejkę ministrantów i maszerowałem, dzwoniąc własnym, małym
dzwoneczkiem. Hałasu zbyt wielkiego wówczas nie narobiłem, ale przynajmniej nie
nudziłem się w czasie długiej drogi, a moi Rodzice mogli spokojnie uczestniczyć
w liturgii. Oczywiście nie szykowałem się wtedy „na ministranta”, jednak koniec
końcem zostałem nim. Stało się to dopiero w trzeciej klasie podstawówki.
Kolega, z którym uczęszczałem na lekcje religii, namówił mnie, prawie na siłę,
abym przyszedł i spróbował. Ponieważ grupa ministrantów w mojej parafii była
dość znaczna, a i towarzystwo wydawało się całkiem przyzwoite, zostałem i muszę
przyznać, że nawet zaczęło mi się to podobać. Sumiennie uczestniczyłem we
wszystkich zbiórkach i dyżurach liturgicznych. Niestety, z tego powodu
cierpieli moi Rodzice, którzy nie byli w stanie zaplanować dosłownie nic,
ponieważ zawsze na przeszkodzie stało jakieś spotkanie czy obowiązek.
Początkowy zapał minął jednak z upływem czasu i sytuacja (ku zadowoleniu moich
bliskich) unormowała się znacznie. Później zostałem lektorem i sprawa nabrała
poważnych kolorów. Na naszej grupie spoczywała troska o liturgię w parafii.
Wszystko jednak z umiarem. Służba przy ołtarzu była tylko dodatkiem do
normalnego, młodzieżowego życia, z którego starałem się skrzętnie korzystać.
Niemały zamęt zaczął się dopiero w wakacje po pierwszej klasie liceum. Wraz z
moim bratem ciotecznym wybraliśmy się na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę.
Trochę modlitwy, śpiewania i zabawy, nowe (całkiem ładne) znajomości i kupa
śmiechu z powodu kilogramów zbędnych rzeczy, które my, pielgrzymkowe
żółtodzioby, zabraliśmy ze sobą z domu. W tych trudnych warunkach
(spowodowanych własną nierozwagą) zrodziła się kolejna, nieosobowa miłość
mojego życia – pielgrzymowanie. Na szlaku poznałem grupkę zwariowanej
młodzieży, która, jak się później okazało, należała do tej samej co ja parafii.
Dowiedziałem się, że są oni z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Samo
stowarzyszenie nie wzbudziło u mnie zbytniego zainteresowania, jednak ludzie, z
którymi złapałem klimat, bardzo przypadli mi do gustu. Efektem tej znajomości
było zaproszenie do owej grupy, którą z przekąsem nazywałem początkowo sektą.
Wciągnąłem się i uczestnicząc w spotkaniach formacyjnych i trochę rozrywkowych
bardziej zbliżyłem się do Boga i zacząłem kręcić się częściej przy kościele.
W maju trzeciej klasy liceum wydarzyło się coś nieoczekiwanego
i dziwnego zarazem. Pewnego dnia nie mogłem uczestniczyć w wyjeździe na zawody
sportowe. Moi znajomi z KSM-u pojechali, a ja musiałem pomóc Rodzicom w pracach
polowych na działce. Zadanie, jakie postawiono przede mną, dotyczyło wykoszenia
trawy w sadzie owocowym. Dodam, że był to sad dość znacznych rozmiarów, tak
więc cały dzień „z głowy”. Nieco zdołowany z powodu straconego wyjazdu zabrałem
się do pracy. I w tym, najmniej oczekiwanym momencie w sercu odezwał się Pan
Bóg. Zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic (dla Niego było to przecież sprawą
oczywistą) zaprosił mnie na drogę powołania. W jaki sposób? Najpierw postawił
mi przed oczy znajomych kapłanów i ich posługę wśród ludzi. Następnie
usłyszałem w sercu głos: „Ty też będziesz tak służył”. Czułem się jak pierwsi
Uczniowie, których Jezus oderwał od pracy i powołał do nowego życia. Do końca
dnia moje myśli krążyły już tylko wokół tego doświadczenia. Musze przyznać, że w
perspektywie miałem rozwijającą się bliższą znajomość z jedną z koleżanek i ten
“Boży SMS” ściął mnie z nóg. Nie zabrakło też wypłakanych w ukryciu łez. Tak
właśnie Jezus zasiał w moim sercu Boży niepokój, czyli ziarenko powołania. Jak
się później okazało, w tym samym czasie, w katedrze odbywały się święcenia
nowych kapłanów.
Ponieważ wciąż żywą pozostawała fascynacja
pielgrzymką postanowiłem wybrać się po raz kolejny. Wypadało pójść, tym
bardziej że trzeba było przemyśleć dalsze życie, podjąć jakieś decyzje, a i
matura zbliżała się wielkimi krokami. Na pielgrzymce odbyłem poważną rozmowę z
księdzem na temat powołania i zostawiłem sprawę Panu Bogu. Sam nie byłem pewien
czy to, co wtedy czułem było rzeczywiście Jego pomysłem dla mnie. Starałem się
zatem żyć normalnie, mając jednak w sercu owo niecodzienne zaproszenie. W
okolicach świąt Narodzenia Pańskiego opowiedziałem o wszystkim moim Rodzicom.
Szczerze mówiąc nie byli zachwyceni. Jakoś nie wyobrażali sobie mnie w roli
księdza. Bali się też, że to może kolejny młodzieńczy pomysł, który prędzej czy
później pryśnie jak bańka mydlana. Ja jednak podjąłem ostateczną decyzję: Po
maturze idę do seminarium! Im częściej rozmawiałem o tym z Rodzicami tym
większy spotykałem opór. Wszedłem więc we współpracę ze znajomymi księżmi. Oni niby
pod pretekstem odwiedzin „nawracali” moich Rodziców, którzy w końcu ulegli,
pozostawiając mi wolną rękę, licząc na dojrzałość swego syna. I dzięki Bogu! W
sumie była to sprawa tylko między mną i Jezusem, i do mnie należała decyzja,
ale inaczej idzie się przez życie, mając wsparcie najbliższych. Nie zapomnę
jednak tego, co usłyszałem wówczas od Rodziców. Tato powiedział: „Pamiętaj, że
jeśli masz być w przyszłości złym kapłanem to lepiej, żebyś został dobrym
szewcem”. Mama, mając jeszcze cień nadziei na zmianę tej decyzji, oświadczyła:
„Pamiętaj, że zanim dokonasz ostatecznego wyboru, drzwi tego domu są otwarte,
zawsze możesz zrezygnować i wrócić”. Mądrość Rodziców dała mi motywację i pewną
przestrzeń wolności. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Natychmiast po
przebrnięciu egzaminów maturalnych wstąpiłem do seminarium diecezjalnego,
marząc o pracy na parafii. Jednak na tym sprawa się nie kończy... Równolegle z formacją w seminarium, za sprawą
mojej duchowej siostry (wówczas postulantki Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza)
oraz kleryków z Towarzystwa Świętego Pawła (z którymi studiowałem) zacząłem
poznawać Rodzinę Świętego Pawła i osobę jej Założyciela – błogosławionego ks.
Jakuba Alberione. Zafascynowała mnie duchowość, charyzmat, życie zakonne i
apostolstwo, jakie prowadzili bracia i siostry. Coraz więcej czytałem na ten
temat, coraz częściej rozmawiałem. Byłem jak gąbka, która łapczywie chłonie
wodę. Powoli narastała też miłość do Rodziny i poczucie silnej więzi duchowej. Faktycznie w domach paulińskich czułem się jak ryba w wodzie i zawsze chętnie
tam wracałem.
Po ukończeniu seminarium i obronie pracy
magisterskiej przyjąłem święcenia kapłańskie i zostałem skierowany do parafii,
gdzie oprócz zwyczajnych obowiązków duszpasterskich pracowałem z młodzieżą i
rodzinami oraz uczyłem religii w gimnazjum. Dodam tylko, że również moi Rodzice
dojrzeli do tego kapłaństwa. Cieszyli się z syna księdza i z uwagą i dumą
śledzili każdy kapłański krok. W moim sercu tlił się jednak jakiś niepokój.
Pytałem siebie: Czy to, co robię jest rzeczywiście wolą Bożą? Czy On chce, aby
w ten sposób wyglądało moje kapłańskie życie? Nie byłem pewien tych odczuć.
Pozostawała tylko modlitwa i cierpliwe oczekiwanie. Ja jednak coraz częściej
myślałem o Rodzinie Świętego Pawła i szukałem w niej miejsca dla siebie. Owocem
modlitwy i refleksji było odczytanie na nowo woli Bożej i decyzja wstąpienia do
Towarzystwa Świętego Pawła. Po trzech latach posługi biskup mojej diecezji
zgodził się na opuszczenie parafii i przejście do zgromadzenia. Przełożeni
zakonni otworzyli mi drzwi do życia zakonnego i umożliwili rozpoczęcie nowej
drogi powołania. Czas pracy parafialnej nie był jednak czasem straconym.
Bezpośrednie spotkania z ludźmi pozwoliły mi dokładniej poznać ich życie,
troski i radości, zobaczyć czego pragną i za czym tęsknią. Dzięki temu
doświadczeniu mogę teraz skuteczniej docierać do ich serc i trafniej odpowiadać
na problemy, które przynosi codzienność. Tak zacząłem nowy etap Bożej przygody,
która nazywa się „powołaniem w powołaniu”. Jestem wdzięczny Bogu za to, że w
taki, a nie inny sposób poprowadził mnie przez życie. Dziękuję Mu za to nowe
światło i cieszę się, że mogę żyć we wspólnocie Paulistów i głosić Ewangelię,
wykorzystując środki społecznego przekazu. Teraz pozostaje tylko droga
uświęcenia, która mam nadzieje zaprowadzi mnie i moich braci do Królestwa
Niebieskiego, a ludziom, którym niesiemy Dobrą Nowinę, da pokój serca i większe
pragnienie Boga. Chwała Panu!
ks. Wojciech
Dziś
XVIII Niedziela Zwykła
Koh 1, 2; 2, 21-23
Ps 95
Kol 3, 1-5. 9-11
Łk 12, 13-21 liturgia dnia
Myśl dnia
„Miłość jest oceanem, z którego biorą swój początek i koniec
wszystkie inne cnoty.”
Jean Baptiste Henri Lacordaire